sobota, 23 kwietnia 2016

Trzecia śmierć Rivena

        Z warg wypuścił kaskady dymu, który kłębił się mu przed oczami jak wieczna mgła, która pojawia się o poranku, by zniknąć po ostatnim dźwięku dzwonu kościoła po dwunastej. Jego oczy zeszkliły się w momencie, gdy mocny opar dymu wtargnął do jego nozdrzy, a nieprzyzwyczajone do tego dymu gardło, zadrapało się nieprzyjemnie. Mimo to, trwał zaklęty w tym jednym momencie, wierząc, że za chwilę unormuje oddech czystym powietrzem, zaopatrzonym w pierwiastki tlenu. Miasto jednak pochłaniało zdecydowaną większość świeżego powietrza, zamieniając je w pełne spalin, o nieprzyjemnym zapachu, do którego wszyscy przywykli. lub może nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkim gównem oddychali. Tak, to na pewno było to.
    Jesień nie była jego ulubioną porą roku, ale też nie mógł powiedzieć, by szczególnie mu ona przeszkadzała. Pogoda jak każda inna, nie było w tym nic niezwykłego, choć chłopak zatrzymał się na chwilę i obserwował jak zżółkły, wygięty liść opada swobodnie na zdobiony siateczką pęknięć beton. Co dziwne, stwierdził to za bardzo inspirujące, co objawiło się wewnętrzną potrzebą narysowania tego, co widzi. Zwykły liść na zwykłym betonie. Już miał wyjmować szkicownik, kiedy po drodze przejechał rozpędzony samochód i zgniótł listek pod ciężarem swoich kół i reszty kupy żelastwa.
    — Riven? — Usłyszał chłopak za swoimi plecami. Zaskoczony odwrócił głowę, a jego ciemne, prawie czarne włosy zatańczyły na wietrze. Wyostrzył zmysły, patrząc na wysoką blondynkę o nieziemsko fioletowych oczach. Chłopak zagryzł zęby zauważając, że jej naturalny, niebieski kolor tęczówek połączył się z czerwonym. Przerażająco.
    — We własnej osobie, z kim mam przyjemność?
    Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, słysząc w jego głosie nutkę niepewności.
    — Skąd ten formalny ton? Czyżbyś się czegoś bał?
    W jej głosie wyraźnie trwała groźba, a na języku tańczyły słowa zniewagi. Riven czuł zagrożenie od dawna, ale tego dnia stwierdził, że się nie mylił. Wtedy zobaczył ciemność, lecz nie taką, jaką rozumiemy. Ciemność jest czarną plamą dla żywych, a ci którzy nie żyją, wiedzą, że ciemność to drugi stopień samotności. Ten moment, gdy jesteś świadomy, lecz opuszczony przez bicie własnego serca.
   
    Riven miał szesnaście lat, kiedy umarł po raz pierwszy, jednak prawdziwą śmiertelnością popisał się drugiego dnia studiów, mając lat dwadzieścia. Zabawy na motorze skończyły się bardzo nieciekawym wypadkiem z ciężarówką, czego chłopak już nie pamiętał. Wtedy czuł to samo, co po spotkaniu z tajemniczą dziewczyną. Drugi stopnień samotności objawiał się blednącą cerą i zatrzymaniem krążenia. Krew zupełnie odpływała od ciała, więc gdy Riven upadł na bruk, blondynka nie musiała martwić się jego obrażeniami, ani tym, że umrze. Tak naprawdę, chłopak już był martwy, od ponad pięciu lat. Nie istniało więc żadne ryzyko. Biorąc go na ręce, ze zgrozą stwierdziła, że Riven jest nadzwyczaj lekki. Zbyt lekki, jak na człowieka. Wzruszyła ramionami i w jednej sekundzie, zniknęła z ulicy. Starszy mężczyzna, który przyglądał się temu zdarzeniu, zdał sobie sprawę, że nie pamięta co robił przez ostatnie dziesięć minut. Co jeszcze dziwniejsze, uznał, że to nic nie znaczy, po czym pogonił psa, by szybciej załatwił swoje potrzeby fizjologiczne.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Moja historia Heliogabala

    Babka i matka zawsze mówiły, że do Baala trzeba się modlić codziennie, bo inaczej z nieba nigdy nie spadnie woda. A ja lubiłem wodę ponad wszystko, bo sprawiała, że kwiaty kwitły i pięknie pachniały. W naszej świątyni zawsze było ich mnóstwo, a zaraz za nią matka prowadziła pole. Mieszkaliśmy skromnie, a nasze fundusze nie pozwalały mi na kupowanie tych ślicznie pachnących olejków w pięknych, szklanych buteleczkach, które sprzedawali na targu. Stał tam jeden z moich ulubionych straganów, tuż obok handlu niewolnikami. Zawsze było przez to głośno i choć bałem się nieco czarnoskórych przybyszów, to pod osłoną małego parasola, pozwalałem sobie tam podejść. Byłem hiperaktywny do końca życia, więc jako dziesięciolatek miałem jeszcze więcej werwy, niż ktokolwiek by przypuszczał. Zawsze wdawałem się w dyskusję z handlarzem.
    Gdy zauważyłem śliczny flakonik z czerwonego szkła z cieczą w środku, zaraz uniosłem rękę.
    — Prze pana! — zawołałem, a handlarz przestał coś liczyć na swoim papirusie i uśmiechnął się na mój widok. Wstał, chociaż bardzo niechętnie, i podszedł za ladę.
    — Czego chcesz, dzieciaku? — spytał ostro, ale wiedziałem, że mnie lubi. Szczególnie, że od czasu do czasu pozwalałem mu objąć się w pasie.
    — Mogę zobaczyć to czerwone? — wskazałem na interesujący mnie flakonik, a mężczyzna westchnął, po czym wziął do ręki to, o co prosiłem. Pomachał buteleczką w lewo i w prawo.
    — No, chodź tu, śliczny, to ci pokażę.
    Pisnąłem uszczęśliwiony i podreptałem czym prędzej za ladę, gdzie mężczyzna usiadł z powrotem na swoim krzesełku. Posadził mnie na swoich kolanach i podał mi śliczną, czerwoną buteleczkę, którą od razu otworzyłem. Kwiatowy, słodki zapach otoczył mój nos, aż psiknąłem. Handlarz zaśmiał się i odebrał to cudo z moich rąk.
    — Bardzo ci się podoba? Chciałbyś to dostać?
    — Tak, chciałbym — powiedziałem i odwróciłem do niego swoją twarz. Mężczyzna pogłaskał mój policzek i po chwili włożył swój kciuk między moje wargi.
    Wtedy po raz pierwszy obcowałem z innym mężczyzną, chociaż on wcale mnie nie zgwałcił. Po prostu zajmował się mną tak długo, aż doszedłem, a on nie wytrzymał. Dał mi po wszystkim buteleczkę, którą mi obiecał i poszedł na tyły targu, by sobie ulżyć. Nikogo nie dziwiło takie zachowanie. Powiedziałbym, że u nas, w Rzymie, to całkiem normalne. Zadowolony włożyłem nowy nabytek do swojej torby i zacząłem szukać babki, która kupowała nowe nasiona do ogrodu. Odszedłem czym prędzej od czarnych niewolników, którzy krzyczeli i trzymali się za, skrępowane przez dziwny metal, ręce. Niektórzy z nich byli zbyt zmęczeni, by jęczeć. Ledwo stali na nogach. Zmarszczyłem brwi, kiedy odbierano jednej z nagich kobiet jej równie czarne dziecko. Przypatrywałem się, jak poderżnięto maluchowi gardło i skrzywiłem się lekko. Ci ludzie, żołnierze cesarza, byli wtedy według mnie bardzo odważni. Ja nie dałbym rady zabić z zimną krwią
    Odbiegłem od zbiorowiska, by po chwili przejść obok ślicznego młodzieńca, śpiewającego coś i przygrywającego sobie na lutni. Przed nogami miał wazę, do której zbierał monety. Niestety nie miałem ani grosza, a śpiewał pięknie, więc posmutniałem. Bardzo chciałem, żeby zarobił na ciemny chleb, bo ten biały jest mało zadowalający i szybko po nim burczy w brzuchu. Sam poczułem głód, więc osamotniony poszedłem na targowisko nasionami. Stąd już widziałem święte budowle, ale mojego boga nigdzie nie było. Zawsze bardzo się martwiłem, że większość mieszkańców pięknego miasta nie raczy nawet spojrzeć na Baala, choć mój bóg był bardzo, ale to bardzo dobry. Najlepszy z nich wszystkich. Matka powiadała, że kult boga przyszedł do naszej wioski z samej Syrii, ale ja nie wiedziałem na pewno, bo w Syrii byłem ostatni raz bardzo dawno temu.
    — Varius! — usłyszałem naglący głos mojej babki, więc odwróciłem się w stronę jej głosu i podszedłem. Nie zauważyła mnie, bo byłem od niej o wiele niższy, więc pociągnąłem za rękaw jej białej szaty. — Varius, kochanie, dlaczego ty mi zawsze uciekasz?
    — Patrz, babciu — powiedziałem, nie zwracając uwagi na jej pytanie. Wyjąłem z torby śliczny flakonik. — Dostałem od handlarza!
    Babka zmarszczyła brwi.
    — Dostałeś?
    — No, tak prawie — powiedziałem i machnąłem ręką. Babka zrozumiała, co się zdarzyło, ale nie skomentowała tego. Powąchała olejek i uśmiechnęła się lekko, po czym kazała mi dbać o ten przedmiot i starać się, by nie wykorzystać go zbyt szybko.

    ***

    Nie wolno mi było się chwalić, ale moim kuzynem był sam rzymski cesarz. Matka rzadko o tym wspominała, ale lubiła czasami to wykorzystywać, podobnie jak babka. Z resztą, one były jak dwie krople wody, nie tylko z charakteru. Miały gęste, ciemne włosy i bardzo, ale to bardzo jasną skórę. Taką, że jak jej się dotknęło nieco mocniej, to zostawały czerwone ślady. Do obu byłem podobny, ale moje włosy z roku na rok stawały się o ton jaśniejsze. Gdy przechodziłem w naszej świątyni obok lustra, zatrzymywałem się na kilka chwil i przyglądałem się sobie. Miałem brązowe oczy, więc najlepiej pasowały do mnie czerwone kwiaty, które co rusz wpinałem sobie we włosy. Matka zezłościła się pewnego dnia i ścięła mi je, tak jak reszcie chłopców. Nigdy jej tego nie wybaczyłem, ale od tamtej pory nosiłem je całkowicie krótkie.
    — Varius! Chodź na obiad! Przyjechała twoja ciotka!
    W naszej rodzinie, każda kobieta miała na imię Julia. Babcia, Matka, moja ciotka. Wszystkie. I ja, chłopiec wychowany przez kobiety, również chciałem być Julią. To byłoby takie proste, by przebywać z nimi i kierować się do łaźni w tę samą stronę. Niestety. Kiedy skończyłem dwunasty rok, musiałem już myć się w łaźni samotnie, ewentualnie z moim kolegą, ale to było dla mnie raczej krępujące.
    Gdy wszedłem do kuchni, zobaczyłem moją mamę, która właśnie rozstawiała naczynia i ciocię, która z uśmiechem jej pomagała. Wiedziałem, że nie mogę do nich dołączyć, więc usiadłem po prostu grzecznie przy stole, kiwając głową do swojej cioci, której jasne włosy falowały cudownie za każdym razem, gdy się odwracała.
    — Wieści te nie roznoszą się szybko, ale Karakall został zamordowany poprzedniego wieczoru — powiedziała ciotka przyciszonym głosem, a moja mama automatycznie przestała mieszać sos.
    — Cesarz? Czy to jest jakiś niesmaczny żart?
    — Oczywiście, że nie — zarzekła się ciocia Mamaea. — Przychodzę do ciebie śpieszno właśnie w tej sprawie. Otóż Makrynus od lat dziesięciu zagrzewa już sobie miejsce na tronie cesarskim, ale jakoś nikt go za bardzo nie popiera w tym zakresie.
    Nie rozumiałem co się dzieje, ale postanowiłem nie pytać. Babka wyłoniła się nagle z cienia kredensu i przestraszyła mnie nieco, ale żadna z obecnych tu kobiet nie była zaskoczona jej obecnością.
    — Karakall i Varius zawsze byli bardzo podobni, a teraz, kiedy wasz chłopiec ma czternaście lat, to tym bardziej. Wypisz, wymaluj nasz były cesarz! — zawołała ciotka i nabrała sobie nieco chleba z naszej szafki. Polała go sosem tak mocno, że aż zmarszczyłem nos. Wolałem lepiej wyglądające dania.
    — Myślisz, że mogłybyśmy powiedzieć, że Varius to jego syn? — zapytała matka, a babka nałożyła mi nieco jarzyn i to je polała sosem. Popatrzyła na danie ciotki i zmarszczyła nos podobnie do mnie.
    — Myślę, że nikt nie będzie miał wątpliwości. Tylko ubierzcie go porządnie i zaprowadźcie do rycerzy z imperium. Wysłuchają was, jak tylko zaczniecie lamentować.

***

    Wszystko działo się zbyt szybko, bym mógł dobrze to odtworzyć w pamięci. Babka przebrała mnie w najpiękniejsze, białe szaty, jakie miałem. Moje skronie przystroiła gałązkami jakiejś rośliny, którą ułożyła tak, by spłaszczona była na moich skroniach. Przypudrowała mi policzki. Moja skóra była jeszcze bledsza, niż normalnie, ale puch, który otoczył moje lica był bardzo przyjemny. Po raz pierwszy dostałem buciki z rzemyków, jak prawdziwy Rzymianin, a moje stópki wyglądały pięknie. Mógłbym się im przyglądać dniami i nocami, gdyby nie fakt, że kobiety spieszyły się gdzieś.
    — Varius — powiedziała babka, zakładając mi na wysokości lewej piersi złotą zapinkę, która przytrzymywała cudowną, lśniącą w świetle, szatę. — Do końca tego dnia nie będziesz się odzywał, dobrze?
    — Ale dlaczego?
    — Bo bardzo cię o to proszę — powiedziała, a jej policzki zaczerwieniły się okropnie. — Baal byłby zadowolony, gdybyś do końca dnia nie otwierał już swych ust. To będzie taka… Forma czci dla niego, dobrze?
    Kiwnąłem głową i pozwoliłem wyprowadzić się ze świątyni, której miałem już nigdy więcej nie zobaczyć. Gdybym to wiedział, zabrałbym mój stary flakonik od handlarza. Chociaż już od dawna był pusty, nadal lubiłem się w niego wpatrywać.
    Moja ciotka, jak tylko weszliśmy przez bramy do Rzymu, zaczęła krzyczeć. Babka i matka nieco się krępowały, ale po chwili płakały i drżały wszystkie trzy, trzymając mnie w swoich ramionach. Nadal niewiele z tego rozumiałem, więc dałem się ciągnąć od jednego kąta miasta, do drugiego, aż w końcu zebrał się cały tłum ludzi, który zaczął skandować, że jestem synem cesarza. Wiedziałem, że to nie była prawda. Byłem jego kuzynem. Chciałem wykrzyczeć, żeby przestali mówić takie bzdury, ale obiecałem, że będę cicho dla Baala, a Baal, to najlepszy bóg ze wszystkich. Zostałem więc cicho i starałem się robić, mimo wszystko, dobre wrażenie. Po prostu, mój kuzyn był cesarzem, więc skoro ci wieśniacy uznawali mnie za jego syna, to powinienem też na takowego wyglądać.
    Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, pierwszy strażnik zainteresował się tłumem, który wykrzykiwał różne hasła z moim imieniem na czele. Gdy poprosił, by pokazać mu tego chłopca, który jest domniemanym synem zmarłego władcy, prawie zakrztusił się własnym językiem. Seplenił jak idiota, więc nie bałem się wyjść przed szereg i pokłonić mu się.
    — Oto syn tego, który jaśnieje teraz w gwiazdach — powiedziała moja matka z namaszczeniem i pogłaskała mnie po włosach. Roślina, którą miałem na głowie już nieco więdła. Strażnik poprawił swoją cudowną, czerwoną pelerynę, która przyczepiona była do jego złotej zbroi. Wyglądał przepięknie. Gdyby tylko tak nie seplenił, mógłbym powiedzieć, że doznałem pierwszego w życiu zauroczenia.
    Poprowadził nas do pałacu, gdzie zdołaliśmy dojść wraz z całą armią żołnierzy, którzy po kilku minutach byli całkowicie przekonani, że jestem synem Karakalla. Weszliśmy do pięknego pałacu sami. Ja, mama, babcia, ciotka i kilku żołnierzy, których zbroje ozdabiały dodatkowo jakieś odznaczenia. Marmurowe ściany i podłogi wyczyszczone były na wysoki połysk, a tkaniny opadające swobodnie aż spod sufitu miały najróżniejsze barwy. Nie podobało mi się to. Gdybym był cesarzem, zrobiłbym to nieco inaczej. Przeszliśmy jakimś wąskim, równie kamienno-białym korytarzem, by dojść do niewielkiej izby. Czekali tam na nas bardzo ważni przedstawiciele rzymskiego sądu.
    Wysłuchali po kolei kobiety, które mi towarzyszyły, po czym jeden z oficerów podszedł do mnie i złapał za podbródek. Uniósł do góry moją twarz, a ja zacisnąłem zęby z bólu. Mężczyzna miał okropny, orli nos, a jego szare oczy przeszywały sztyletami moją duszę. Starł nieco brudu z mojego policzka, po czym brutalnie puścił moją twarz z taką siłą, że prawie się przewróciłem.
    — Jeżeli armia go zaakceptuje, niech będzie. Jest tak podobny do cesarzyka, że to przynajmniej jego krewny. Makrynus nie będzie miał szans.
    Matka zadrżała, ale żołnierze kiwnęli głowami i wyprowadzili nas.

***

    Kilka dni później, moja armia pokonała armię Makrynusa, który pojawił się jeszcze przed moim tronem i oddał mi zasłużoną cześć. Pamiętam, że byłem dumny ze swoich ludzi, ale to babka wypłaciła im nieco więcej monet. Ja za to pławiłem się w kolejnych, eterycznych olejkach, jadłem i piłem na umór. Wieczorami ćwiczyłem, bo tego nauczono mnie w świątyni.
    — Widzisz, Heliogabalu? — powiedziała pewnego dnia babka, gdy siedzieliśmy przy naszym największym stole i delektowaliśmy się najwykwintniejszymi daniami w całym Rzymie. — Właśnie dzięki temu, ze dochowałeś milczenia dla Baala, mamy te dary.
    Nie wierzyłem w to, co powiedziała, ale kiwnąłem głową. Od dnia koronacji właśnie tak się do mnie zwracano: Heliogabal. Moje pierwsze imię nie było zachwycające, a Heliogabal naprawdę brzmiał, jakbym był ważny. I byłem. Byłem najważniejszym człowiekiem na tej ziemi. Byłem cesarzem.

    ***

    Moja komnata miała łóżko z baldachimem, pod którym potrafiłem przeleżeć całe poranki, póki któryś chłopak z mojej służby nie pojawił się i nie zapytał, czy czegokolwiek mi brakuje. Przechadzałem się nago po pokoju i jadłem ciemne winogrona. Moja skóra nie była już czerwona i powycierana jak wtedy, gdy byłem tylko chłopcem na posyłki w świątyni. Teraz byłem cały gładki. I piękny. Lustro, które stało dokładnie na przeciwko łóżka, wyraźnie mnie w tym utwierdzało. Nagle usłyszałem stukanie do drzwi.
    — Tak? — zapytałem głośno, a do mojej komnaty wszedł mój sługa, którego wybrałem na samym początku swoich rządów. Był blond włosy i jasnooki. Dobrze zbudowany, chociaż jego ciało przykrywały nieco ubrudzone szaty.
    — Czy czegoś ci nie brak, mój panie? — zapytał, a ja skrzywiłem się. Nie lubiłem, gdy mnie tak nazywali. Podszedłem do niego i spojrzałem mu w oczy. Nie mógł być wiele starszy ode mnie, bo zmarszczki przy oczach nadal tworzyły niewyraźne linie. Uśmiechnąłem się słodko do niego i położyłem dłonie na jego ramionach. Chłopak cały się zaczerwienił. W końcu byłem nagi i spoufalałem się do niego.
    Pocałowaliśmy się, a ja zamknąłem za nim drzwi do mojej komnaty. To był drugi raz, kiedy obcowałem z mężczyzną. Tym razem całkowicie. Jego ciało było idealne. Jak mogłem patrzeć na zwykłe kobiety i służki, kiedy miałem przy sobie takiego chłopaka? Mięśnie ramion prawie przebijały jego skórę.

***

    — Nie! — krzyknąłem do tłumu, który zebrał się pod pałacem. Żołnierze stanęli czym prędzej po obu moich bokach i odciągali ode mnie co odważniejszych i bardziej butnych mężczyzn. — Od dzisiaj będziecie czcili Baala!
    Od tamtych słów zaczęła się moja wojna z mieszkańcami Rzymu, którzy jak dla mnie, byli po prostu bandą popaprańców, z bóstwami o marnej wartości. Czerwony ze złości przeszedłem przez pałacowe bramy, a moi żołnierze z ledwością je zamknęli przed dzikim tłumem moich poddanych, którzy krzyczeli, że mają w dupie Baala. Chcieli nowego posągu Zeusa. Kopnąłem więc ze złością jedną z fontann, które mijałem, ale nie dość, że poraniłem sobie palce, to jeszcze upadłem na jedną z kobiet. Prychnąłem na nią jak wściekły kocur, więc czym prędzej uciekła.
    — Helio! — zawołała do mnie matka i załamała ręce. — Jak mogłeś zrobić coś takiego?
    — Ale o  czym mówisz? — zapytałem i wyszczerzyłem się w jakiejś dzikiej satysfakcji. — O tym, że nasikałem na ten posążek Hefajstosa przy naszej świątyni, czy o tym, że oddałem się kapłanowi dzisiejszego ranka na oczach poddanych?
    Matka zbladła, o ile to w ogóle było możliwe, i zacisnęła pięści.
    — Co zrobiłeś?
    Wzruszyłem ramionami.
    — Miał ogromne przyrodzenie. Ty też byś nim nie pogardziła — powiedziałem i uśmiechnąłem się uroczo na odchodne. Tak naprawdę miałem ochotę wydrapać wszystkim oczy, ale nie miałem na to ani siły, ani środków. Pospiesznie wszedłem do pokoju, gdzie czekał już na mnie Quntus z winem i porcją owoców. Nie dość, że się wtedy spiłem, to jeszcze następnego dnia nie mogłem chodzić, bo tak bolał mnie tyłek od jego brutalnego seksu.

***

    Gdy skończyłem piętnaście lat, a każdy z męskiej części służby zawitał w moim łóżku co najmniej raz, moja matka postanowiła mnie ożenić. Nie podobało mi się to, bo wszystkie kandydatki, które mi przedstawiano miały krągłe piersi i były o wiele ładniejsze ode mnie. Na spotkania z nimi malowałem się bardzo mocno, bo nie chciałem nawet słyszeć o tym, że jakakolwiek kobieta przewyższała mnie urodą.
Alba malowała mnie nawet węglem, żeby tylko podkreślić moją słodką buźkę. Tylko ją jedyną akceptowałem jako kobietę w moim pałacu. Mogła nosić się jak chciała, a od czasu do czasu pozwalałem jej uwodzić Kajetana, z którym miałem swój słynny, pierwszy raz. Byłem o niego zawsze najbardziej zazdrosny, ale Albie mogłem wybaczyć. Była piękną, złotowłosą dziewczyną o zielonych oczach. Na rękach nosiła śliczne bransolety i zawsze pachniała różami. Długie kosmyki wiązała w warkocze, ale pozwalała mi je rozczesywać co wieczór, po swojej kąpieli. Co jakiś czas kąpaliśmy się nawet razem, co bardzo mnie cieszyło. Była pierwszą kobietą, która chciała się do mnie zbliżyć i wcale nie oczekiwała romansu. Z resztą, ja i tak nie mogłem jej tego zapewnić.
    Alba smarowała moją skórę oliwkami (każdego dnia inną) i komplementowała moją urodę. Układała moje szaty w szafie i na każdy dzień wybierała broszkę z innym klejnotem. Nauczyłem się mieszkać w przepychu, dlatego nie interesowało mnie już zdanie innych. Zapuściłem włosy, choć one z ledwością dotykały ramion. Przechadzając się po pięknym ogrodzie naprzeciwko pałacu, mogłem zrywać kwiaty i wplatać je we własne włosy, ile tylko chciałem. Alba robiła z resztą bardzo podobnie i wyglądała jak chodząca anielica.
    Wieczorami się modliłem. O święty spokój i cierpliwość do matki i babki, które wiecznie mówiły mi jak mam się zachowywać. Choć i tak je ignorowałem, one robiły swoje. Co jakiś czas, przemawiając do tłumu, faktycznie musiałem cytować ich słowa, ale i tak robiłem wszystko, byleby wygłosić własne zdanie na dany temat. Rodzinie bardzo się to nie spodobało.
    Moja przyszła żona też mi się nie podobała. I choćby nawet miałaby ona urodę samej Alby, nadal byłoby mi ciężko.
    — Ma mieć na imię Julia — zażądałem, siadając przy wielkim stole, obok babki. — Wszystkie kobiety w naszej rodzinie miały na imię Julia i chcę, by moja żona również tak miała na imię.
    Matka spojrzała na mnie z dumą w oczach po raz pierwszy w życiu. Nie poczułem się jednak wyróżniony. W końcu jej celem była kobieta w moim łóżku. To niewygodny temat, ale jeszcze bardziej niewygodna stała się dla mnie erekcja, której dostałem na widok Kajetana. Miał spięte włosy, co doprowadzało mnie do szału.
    Tamtego wieczoru znów rżnął mnie najmocniej jak potrafił, a ja oddawałem mu się z uległością, którą w sobie kochałem.

***

    Moją pierwszą żoną, została Julia Cornelia Paula. Była brzydka jak noc, ale gdy zasypiałem gładziła moje włosy i mówiła, że mnie kocha. Nie miałem nigdy pewności, ale czułem się z nią w jakiś sposób związany i nawet ciotka, która przyjeżdżała do nas co jakiś czas, zdołała to zauważyć. Kiedy przyłapałem Julię na zdradzie z jakimś żołnierzem z mojej armii, natychmiastowo kazałem ją wychłostać, a mężczyznę poddałem torturom. Dopiero piątego dnia jego męki postanowiłem spalić go na stosie jak najzwyklejszą wiedźmę. Julię porzuciłem, po prostu. Nie mogłem znieść myśli, że ktokolwiek jej dotykał. Co z tego, że sam oddawałem się tego typu przyjemnościom?
    Moja kolejna żona również była Julią. Ona była już ładniejsza i z oczu dobrze jej patrzyło. Co prawda, lubiła wypić trochę więcej. Szczególnie, gdy mimo jej starań i tak nie byłem w stanie utrzymywać z nią kontaktów seksualnych. Kiedy tylko choćby dotknęła mojej męskości, nadal ukrytej pod szatami, ja starałem się jej jakoś wymknąć. Najgorzej było w naszej komnacie, kiedy zaczynała być naprawdę śmiała. Później, w akcie desperacji zaczęła spać nago.
    Byłem z nią całkiem długo i ludzie zaczęli mówić, że z naszego związku (Arcykapłana świątyni i Arcykapłanki kobiecego bóstwa), wyjdą boskie dzieci. Miałem przez chwilę wizję własnych potomków, więc zacząłem się starać. Zasypywaliśmy się pocałunkami we własnych objęciach, choć nigdy do orgazmów nie dochodziło. Któregoś dnia, ciotka przyniosła do domu swojego pięcioletniego synka, który rozpłakał i rozkrzyczał się na cały mój pałac, bo chciał do toalety. Wtedy zrozumiałem, że nie chcę mieć dzieci, bo nawet te boskie muszą być tak nieznośne, jak Aleksander.
    Trzecia żona przedstawiała się jako Julia, ale tak naprawdę Julią nie była. Była Annią Faustynią, prawnuczką Marka Aureliusza. Byłem przekonany, że to matka i babka kazały jej skłamać co do imienia. Dowiedziałem się o jej prawdziwej godności w dniu ślubu, więc było już nieco za późno. Ona była jak dziecko, którego nie dostałem od drugiej Julii. Chciała, bym nosił ją na rękach, nazywał “swoją najukochańszą żoną” i, co gorsza, miała fetysz stóp. Jej czarne włosy były rzadkie i nie wyglądała na zdrową, kiedy widziałem, jak przebierała się w naszej sypialni.
    Jednak tylko, i wyłącznie dzięki niej, poznałem Zotikusa, za co jestem jej dozgonnie wdzięczny. Kiedy domyśliła się już, że preferuję mężczyzn, zaczęła mi się wypytywać w jakich gustuję. Dotąd tylko z Albą mogłem rozmawiać w taki sposób. Pewnego dnia Annia poprosiła posłańca, by przyprowadził dla mnie najbardziej umięśnionego atletę w całym Rzymie. O dziwo, posłaniec o zmroku przyprowadził mi do pałacu Zitokusa, którego ciało rozsławiano nawet za bramami mojego miasta. Jego ciało okrywały szaty, ale co do rozpiętości jego ramion i obwodu bioder nie było żadnych wątpliwości. Chodził z gracją, wcale nie ciężko, jakbym się tego wcześniej spodziewał. Gdy stanął przede mną zauważyłem, że byłem co najmniej trzy razy węższy od niego i wydawałem się sobie drobny. Tak drobny, że śmiało mogłem przyznać - nogi się pode mną ugięły.
    — Witam, panie — powiedział i ukląkł na jedno kolano, przy czym drugie odsłoniło się cudownie. Miał jasną cerę.
    — Nie nazywaj mnie panem — powiedziałem, a Annia zachichotała. Moja matka patrzyła na całą scenę z lekkim niedowierzaniem. — Jestem panią.
    W taki oto sposób skończyłem z nim w łóżku po raz pierwszy. Miał jednego z największych penisów, na jakie miałem przyjemność patrzeć. Rżnął mnie nawet w łożu małżeńskim, do którego wkrótce wróciła moja żona. Położyła się na pościeli, która nadal pachniała seksem moim i mojego kochanka, ale była zadowolona.
    — Był dobry, prawda? — zamruczała, a ja pochyliłem się nad nią i pocałowałem ją w taki sposób, jak robił to ze mną Zotikus. Po raz pierwszy kobieta jęknęła dzięki mnie.
    — Był nieziemski. Był jak bóg.
    Spotykałem się z Zotikusem całkiem często, aż w końcu ani służba, ani nawet matka, czy babka nie dziwiły się jego obecnością na obiadach. Kilka tygodni później zostawiłem Annię, bo miałem dosyć jej wiecznego płaczu po kilkunastu lampkach wina. No, i był jeszcze ten jeden raz, kiedy zesikała się do łóżka, co było naprawdę obrzydliwe.

***

    Skończyłem szesnaście lat szybciej, niż się tego mogłem spodziewać i już wcale nie czułem się chłopcem. Nie mogłem, kiedy obok siebie miałem takiego mężczyznę, jak Zotikus, któremu również się spodobałem na tyle, by przychodził do mojego pałacu regularnie. Pewnego dnia, kiedy już Alba wymyła mnie w najlepszej łaźni, a moje ciało wysmarowała słodko pachnącym olejkiem, zszedłem do głównej komnaty, gdzie spożywaliśmy posiłki. Czekał tam na nas mój kuzyn, Aleksander, jego matka i moja, oraz babka. Zoticus szedł u mojego boku i patrzył na wszystkich z góry, a ja mogłem poczuć się przy nim prawie jak kobieta. Cóż, brakowało tylko naszych splecionych dłoni, czy czegoś takiego.
    — Heliogabalu, czy wiesz który dziś dzień?
    Nim zdążyłem odpowiedzieć, uprzedził mnie Aleksander:
    — Dzień igrzysk! — zawołał i podbiegł do mojej nogi, by się do niej przykleić. Był na swój sposób uroczy, ale gdy przypominał mi się jego ryk jeszcze kilka miesięcy temu, to znów poczułem do niego jedynie pogardę.
    Nasz stadion do igrzysk był naprawdę ogromny. Ja i rodzina, mieliśmy siedzieć na specjalnej, cesarskiej loży. Gdy tylko wyszedłem na trybuny, moi podwładni zaczęli klaskać. Mimo to wiedziałem, że oni nienawidzili mnie równie mocno, jak ja ich, więc uśmiechnąłem się jedynie z przymusu. Nie pomachałem im, choć moja babka i matka zrobiły to za mnie.
    Pierwsze bitwy gladiatorów były dla mnie tak nudne, że oparłem się o ramię kochanka i prawie przysnąłem. Po co miałem oglądać coś takiego, skoro nie widać ciał tych mężczyzn? Co innego, gdyby byli nadzy.
    Dopiero pod koniec zdarzyło się coś, czego bym się nie spodziewał. Jeden z mężczyzn, który właśnie jechał na rydwanie przewrócił się, a jego hełm poleciał nieco dalej. Konie zarżały i jak szalone rzuciły się do wyścigu bez swojego woźnicy, a ja poczułem nagły ścisk w żołądku. Mężczyzna ten, miał najpiękniejsze, złote włosy, jakie kiedykolwiek widziałem. Zadrgał, leżąc na piachu areny, a gdy reszta koni i rydwanów pobiegła daleko, postanowił wstać. Mimo tego, że upadł, a z jego twarzy ciekła już krew, wyglądał jak prawdziwy wojownik. Jego jasna skóra przebijała się przez brud na policzkach. Wstałem i wyciągnąłem dłoń przed siebie.
    — Zabierzcie go stąd — powiedziałem do strażników, którzy jak zawsze stali po obu krawędziach loży cesarskiej. — Chcę go zaraz widzieć w swoim pałacu. Odejdźcie i wykonajcie rozkaz natychmiast.

***
    Alba czym prędzej poprawiła mój makijaż i pozwoliła mi wybrać strój, w którym pokaże się woźnicy. Jedyne, co mi o nim powiedziano, to fakt, że był niewolnikiem. Nie obchodziło mnie to za bardzo, więc machnąłem ręką na matkę i babkę, a nawet Zotikusa, który chciał mi ten pomysł wybić z głowy. Dziewczyna zaśmiała się wdzięcznie, gdy zdobiła moją lewą powiekę.
    — Naprawdę ma tak piękne kosmyki?
    — Piękniejsze od twoich, a to naprawdę nie lada wyczyn — powiedziałem, a dziewczyna zachichotała jeszcze bardziej. Gdy zszedłem do głównej sali, on już na mnie czekał. Moja matka w mdlejącym geście, na wpół siedziała, wpół leżała na jednym z naszych łoży, a babka wachlowała ją jakimś kawałkiem papirusu, który zapewne znalazła gdzieś na marmurowej podłodze. Zoticus złapał mnie za ramię.
    — Jesteś pewien, że wiesz co robisz? — zapytał i złapał mocno moje ramię, ale ja cmoknąłem go w policzek i uśmiechnąłem słodko. Uścisk jego dłoni zelżał.
    — Oczywiście, że wiem. Przestań się tak zachowywać, przy moim gościu — mówię dostatecznie głośno, by wszyscy mnie usłyszeli. Straż, która przyprowadziła mojego pięknowłosego, oddaliła się nieco. Odwróciłem się w stronę mojego gościa, a on patrzył na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Był przystojny i wyglądał na nieco młodszego od mojego kochanka. Miał równie silne nogi, co on. Przejechałem wzrokiem po całej jego sylwetce i stwierdziłem, że był więcej niż zadowalający. Nie wspominając o złotych, nieco polokowanych włosach, które sięgały mu nieco za ramiona. One były najcudowniejsze.
    Obmyto jego twarz z krwi, a rana na wardze bardzo szybko się goiła. Widziałem, jak robił się na niej mały strupek. Stał wyprostowany, jak na prawdziwego wojownika przystało i choć jego ramię nadal krwawiło mimo bandażu na jego ręce, nie narzekał. Plama na tkaninie, którą obwiązano mu ramię stawała się coraz większa.
   
    — Witam — powiedziałem i wyciągnąłem do niego swoją wypielęgnowaną dłoń. — Jak cię zwą?
    — Hierokles — powiedział głębokim głosem i widziałem, że nie do końca wiedział jak się zachować. Moje serce zabiło mocniej, gdy ujął moją rękę tak, jak tę kobiecą i ucałował jej przegub. Oblizałem usta, czując się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Patrzyłem oniemiały, jak mężczyzna unosił swój wzrok na mnie, kiedy przykładał swoje miękkie usta do mojej skóry. Nie wiedział, czy dobrze się zachował.
    — Będę uradowany, będąc nazywanym panią, małżonką, królową Hieroklesa.
    Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na mnie zdumiony, a ja podziwiałem jeszcze chwilę jego piękne, brązowe oczy, póki nie usłyszałem krzyku mojej babki.
    — Ona naprawdę zemdlała! Służba! Służba!
    Moja matka była zbyt blada, nawet jak na nią.

***

    Mój ślub z Hieroklesem odbił się szumem właściwie wszędzie. Nie dość, że miałem typowo kobiecą szatę na obrządku ślubnym, to jeszcze właściwie rzuciłem mu się w ramiona pod sam jej koniec i pocałowałem tak, że nawet najstarszym pannom zarumieniły się policzki. Moja matka była zdruzgotana, choć babka pocieszała ją, jak tylko mogła.
    Noc poślubna była dla mnie najpiękniejszą chwilą w życiu. Hierokles był niepewny, kiedy wszedł za mną do mojej komnaty, ale przekręcił za sobą klucz w zamku zdecydowanym ruchem i położył kluczyk na szafce. Oblizałem usta, kiedy podchodziłem do niego i kładłem swoje dłonie na jego policzkach.
    — Będziemy uprawiać seks? — zapytałem i zarumieniłem się, chyba po raz pierwszy w życiu. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i położył swoje dłonie na moich biodrach. Kiedy obdarował mnie pocałunkiem, westchnąłem mu w usta.
    — Będziemy się kochać — odpowiedział, a ja chciałem się zaśmiać. Dla mnie nie było miłości w łóżku. W łóżku była tylko namiętność. Nie wiedziałem wtedy jak bardzo się myliłem. Kiedy tej nocy opadałem na biodra Hieroklesa w nieznośnie spokojnym tempie, a on przyciągał moją głowę do swojej i całował tak, że zapominałem o bożym świecie, dowiedziałem się, co to znaczy miłość.

***

    Mój małżonek okazał się cudownym człowiekiem i świetnym kochankiem. Było nam obu bardzo dobrze i już kilka dni później nie mogłem sobie wyobrazić choćby dnia bez jego towarzystwa. Po pierwszym wspólnym kwartale, postanowiliśmy urządzić obiad, na który zaprosiliśmy najważniejszych ludzi w całym Rzymie. Oczywiście nakryto obficie do stołu, Alba zadbała, by osób lekkich obyczajów również nie zabrakło, a szaty moje i Hieroklesa były dokładnie tego samego koloru - bladoniebieskiego.
    Gdy zeszliśmy na obiad, zabawa już trwała, a grajek dawno intonował coś na swojej lutni. Piękne, zgrabne dziewczyny zabawiały moich gości, a niektórzy młodzi chłopcy siedzieli na kolanach co starszych urzędników.
    — Kochanie — szepnąłem do męża, a on objął mnie ramieniem. — Możesz usiąść na moim miejscu?
    — Znowu się wstydzisz? — zapytał i zaczął się śmiać, a ja zmierzwiłem nieco te jego śliczne włosy, które tak bardzo kochałem.
    — Powiedzmy — mruknąłem i usiadłem po jego prawej stronie, gdy mój mąż zajął miejsce cesarza. Moja matka zareagowała od razu.
    — Dlaczego siedzicie w ten sposób?
    — Bawię się w królową — powiedziałem i zamknąłem jej tym usta do końca uczty, a urzędnicy, którzy to słyszeli, zaczęli się śmiać.
    Hierokles wielu rzeczy nie wiedział. Musiałem nauczyć go od podstaw odpowiedniego zachowania w cesarskim pałacu, co często wyśmiewał Zoticus. Mój kochanek jednak, od niedawna jakoś szwankował podczas naszych wspólnych schadzek. Nie dość, że nie twardniał pod wpływem moich rąk, jak bywało to zwykle, to jeszcze ciągle go mdliło. Mój mąż i Zotikus wymienili mordercze spojrzenia, jak zwykle, a ja położyłem głowę na ramieniu czarnowłosego.
    — Pożąda pan jeszcze nieco wina? — zapytał mojego męża jeden z chłopców, którego zaprosiła Alba, a ja miałem ochotę poderżnąć mu gardło. Z jakiej racji pyta o to, używając słowa “pożądać”? Czy tego chciałem, czy nie, poczułem zazdrość, a moja głowa zapulsowała z bólu. Od razu odepchnąłem od siebie umięśnione ramię Zotikusa i złapałem za rękę złotowłosego, który z pięknym uśmiechem na ustach, odmawiał słodkiemu chłopcu. O wiele śliczniejszemu ode mnie.
    — Jeszcze mam — zauważył, a chłopak zarumienił się porządnie, po czym odszedł. Nic nie powiedziałem, ale gdy skierowałem się do toalety, złapałem po drodze Albę za ramię i przytrzymałem mocno przy sobie.
    — Widzisz tego knypka? Tego, który ma kwiat liliowy we włosach?
    Dziewczyna kiwnęła głową.
    — Masz go włożyć do klatki w podziemiach z dwoma lwami. Ma być tam z nimi sam na sam, aż do świtu.
    Alba zbladła.
    — Helio, proszę cię, to mój pracownik — wyszeptała, ale ja byłem nieugięty. Byłem zazdrosny. To nie zdarzało się często. A ktoś, kto choćby próbuje oczarować mojego męża, powinien liczyć się ze skutkami.

***

    Niedługo później, ku przerażeniu mojej matki, razem z Hieroklesem i Albą otworzyliśmy nasz pierwszy dom publiczny, tuż pod pałacem. Wtedy już zupełnie nie bałem się wychodzić wraz z mężem na rynek główny i całować się z nim przed publiką. Dawaliśmy w ten sposób przedsmak tego, co czeka ich w naszym burdelu, który bardzo szybko zdobył niesamowitą popularność. Poszedłem tam pewnego razu, by zobaczyć, czy Alba radzi sobie z zapisywaniem wszystkiego na zwojach papirusu. Budynek był piękny, wyłożony najdroższymi kamieniami, a zapachem kusił już od wejścia. Waniliowe świece i olejki, którymi smarowani byli nasi chłopcy i dziewczęta, działały jak afrodyzjak. Alba uśmiechnęła się do mnie już w przejściu i przeczesała rękami moje włosy.
    — Ktoś tu się robi coraz przystojniejszy i śliczniejszy — powiedziała do mnie dziewczyna. — Musisz uważać, bo Hierokles będzie z tego powodu coraz bardziej zaborczy. Nie możesz otaczać się teraz innymi mężczyznami.
    Wiedziałem, że będzie robiła aluzję do faktu, że straciłem już kontakt z Zotikusem, który zupełnie stracił na mnie ochotę. Nie rozumiałem dlaczego i byłem gotów zrzucić winę na siebie, bo w końcu coraz młodszy się nie robiłem, a osiemnaście wiosen przekroczyłem kilka dni temu.
    — Przestań. Hierokles taki nie jest — westchnąłem, niemal żałując, że mój mąż jeszcze nigdy nie okazał zazdrości względem mojej osoby.
    Alba zachichotała.
    — Ty naprawdę nic nie słyszałeś?
    Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią niespokojnie.
    — O czym ty mówisz?
    — Już cały pałac o tym szumi. Twój mąż powiedział w tajemnicy jednej z kucharek, że dodawał do napojów Zotikusa brom, żeby nie czuł pożądania.
    Uśmiechnąłem się mimowolnie i po chwili parsknąłem śmiechem.
    — Co za głupek — skwitowałem, a Alba spojrzała mi w oczy.
    — Ty go kochasz — stwierdziła, a ja wzruszyłem ramionami.
    — Może.

***

    Babka w końcu straciła cierpliwość. Zmusiła mnie, bym adoptował na papierze Aleksandra i zgodził się na jego przejęcie tronu, po mojej śmierci. Dopiero Hierokles uświadomił mi, że moje życie było zagrożone. Pilnował mnie dzień i noc. Nie pozwalał się zanadto zbliżać straży, a drzwi od naszej komnaty zamykał na klucz. Dodatkowo zasłaniał je szafą. Próbowałem to wszystko jakoś odkręcić i w akcie desperacji, prawie udusiłem mojego młodszego kuzyna. Jednak ‘prawie’ robi wielką różnicę.
    Nie chciałem umierać. Nie teraz, kiedy miałem wspaniałego męża, z którym mógłbym dzielić kolejne lata. Jednak decyzja mojej babki była decydująca. Wojsko, które kilka lat temu skandowało moje imię i chciało, bym stał się cesarzem, zaczęło rzucać się na mnie i moją straż, bym wyszedł i dał się im zabić.
    Siedziałem w komnacie razem z Hieroklesem, kiedy zauważyłem co dzieje się na zewnątrz. Mąż trzymał moje dłonie i całował skronie. Starał się mnie pocieszyć, ale ja wiedziałem, że jeszcze dzisiaj umrę. Choćby dlatego, że robiłem wszystko to, co chciałem jako beznadziejny cesarz i - przede wszystkim - zwykły gówniarz.
    W końcu nawet i straż przestała się mnie słuchać. Gdy nastał wieczór, a ja i Hierokles nadal się przytulaliśmy, ktoś szarpnął za klamkę. Złotowłosy chciał ich powstrzymać, ale ja pocałowałem go mocno, zamiast pozwolić mu dołożyć mebli pod drzwi.
    — Kocham cię, rozumiesz? — zapytałem, a on pokiwał głową. Miał łzy w oczach. — Masz teraz udawać, że mnie nie chciałeś, że się mnie brzydziłeś. Masz pilnować, żeby Aleksander był lepszy niż ja, dobrze? Proszę, bądź przy nim.
    Mój mąż nie załkał. Po prostu kiwnął głową i obiecał, że zrobi jak mówię. Straż, gdy tylko weszła, od razu mnie od niego oderwała. Zdążył tylko jeszcze wyszeptać, że też mnie kocha, kiedy umundurowani mężczyźni wywlekli mnie przed pałac i po prostu podcięli mi gardło.
Poczułem się jak to dziecko, które jako dziesięciolatek widziałem na targu, przy handlu niewolnikami. Wtedy ono też zostało zabite, w ten sam sposób, co ja. Chciałbym powiedzieć, że ostatnim co czułem, była miłość do męża, ale to nie prawda. Prawda jest taka, że jedyne co czułem, to strach.

Ci ludzie, żołnierze cesarza, byli wtedy według mnie bardzo odważni. Ja nie dałbym rady zabić z zimną krwią.