sobota, 23 kwietnia 2016

Trzecia śmierć Rivena

        Z warg wypuścił kaskady dymu, który kłębił się mu przed oczami jak wieczna mgła, która pojawia się o poranku, by zniknąć po ostatnim dźwięku dzwonu kościoła po dwunastej. Jego oczy zeszkliły się w momencie, gdy mocny opar dymu wtargnął do jego nozdrzy, a nieprzyzwyczajone do tego dymu gardło, zadrapało się nieprzyjemnie. Mimo to, trwał zaklęty w tym jednym momencie, wierząc, że za chwilę unormuje oddech czystym powietrzem, zaopatrzonym w pierwiastki tlenu. Miasto jednak pochłaniało zdecydowaną większość świeżego powietrza, zamieniając je w pełne spalin, o nieprzyjemnym zapachu, do którego wszyscy przywykli. lub może nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkim gównem oddychali. Tak, to na pewno było to.
    Jesień nie była jego ulubioną porą roku, ale też nie mógł powiedzieć, by szczególnie mu ona przeszkadzała. Pogoda jak każda inna, nie było w tym nic niezwykłego, choć chłopak zatrzymał się na chwilę i obserwował jak zżółkły, wygięty liść opada swobodnie na zdobiony siateczką pęknięć beton. Co dziwne, stwierdził to za bardzo inspirujące, co objawiło się wewnętrzną potrzebą narysowania tego, co widzi. Zwykły liść na zwykłym betonie. Już miał wyjmować szkicownik, kiedy po drodze przejechał rozpędzony samochód i zgniótł listek pod ciężarem swoich kół i reszty kupy żelastwa.
    — Riven? — Usłyszał chłopak za swoimi plecami. Zaskoczony odwrócił głowę, a jego ciemne, prawie czarne włosy zatańczyły na wietrze. Wyostrzył zmysły, patrząc na wysoką blondynkę o nieziemsko fioletowych oczach. Chłopak zagryzł zęby zauważając, że jej naturalny, niebieski kolor tęczówek połączył się z czerwonym. Przerażająco.
    — We własnej osobie, z kim mam przyjemność?
    Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, słysząc w jego głosie nutkę niepewności.
    — Skąd ten formalny ton? Czyżbyś się czegoś bał?
    W jej głosie wyraźnie trwała groźba, a na języku tańczyły słowa zniewagi. Riven czuł zagrożenie od dawna, ale tego dnia stwierdził, że się nie mylił. Wtedy zobaczył ciemność, lecz nie taką, jaką rozumiemy. Ciemność jest czarną plamą dla żywych, a ci którzy nie żyją, wiedzą, że ciemność to drugi stopień samotności. Ten moment, gdy jesteś świadomy, lecz opuszczony przez bicie własnego serca.
   
    Riven miał szesnaście lat, kiedy umarł po raz pierwszy, jednak prawdziwą śmiertelnością popisał się drugiego dnia studiów, mając lat dwadzieścia. Zabawy na motorze skończyły się bardzo nieciekawym wypadkiem z ciężarówką, czego chłopak już nie pamiętał. Wtedy czuł to samo, co po spotkaniu z tajemniczą dziewczyną. Drugi stopnień samotności objawiał się blednącą cerą i zatrzymaniem krążenia. Krew zupełnie odpływała od ciała, więc gdy Riven upadł na bruk, blondynka nie musiała martwić się jego obrażeniami, ani tym, że umrze. Tak naprawdę, chłopak już był martwy, od ponad pięciu lat. Nie istniało więc żadne ryzyko. Biorąc go na ręce, ze zgrozą stwierdziła, że Riven jest nadzwyczaj lekki. Zbyt lekki, jak na człowieka. Wzruszyła ramionami i w jednej sekundzie, zniknęła z ulicy. Starszy mężczyzna, który przyglądał się temu zdarzeniu, zdał sobie sprawę, że nie pamięta co robił przez ostatnie dziesięć minut. Co jeszcze dziwniejsze, uznał, że to nic nie znaczy, po czym pogonił psa, by szybciej załatwił swoje potrzeby fizjologiczne.